Wiwat Chabry!

wiejski klub sportowy Rząśnik Skarby Miasta reportaż

Idąc na południe od Rząśnika trafimy prosto do stolicy. Kierując się w przeciwną stronę, znajdziemy się w krainie Ducha Puszczy. Wszędzie stąd blisko. Mimo że Rząśnik, jak przed chwilą ustaliliśmy, leży w samym centrum świata, to zapewne nie wszyscy o nim słyszeli. Mało kto też pewnie kojarzy Wiejski Klub Sportowy Rząśnik, występujący w warszawskiej A-klasie. Jego stadion jest pozycją obowiązkową dla kibiców poszukujących w sporcie czegoś innego niż napompowany milionami euro mainstream spod znaku Champions League. Obiekt w Rząśniku jest tak malowniczy, że aby poczuć się na nim dobrze, niepotrzebny jest nawet mecz piłkarski. 

Intensywnie niebieskie. Takie są chabry. Kwiaty, których kolor stał się jednym z oficjalnych barw WKS-u. – Nie wiem, kto to na to wpadł, ale brzmi nieźle – Łukasz Abramczyk, jeden z piłkarzy z Rząśnika wspomina, że wybór strojów nie był kluczową kwestią dla zespołu.  

Ściągnij program meczowy WKS Rząśnik w PDF – kliknij grafikę powyżej

– Stroje w charakterystyczne chabrowo-biało-pomarańczowe pasy ufundował urząd gminy, jeszcze przed powstaniem klubu. Wybraliśmy taki oryginalny zestaw, bo szansa, że ktoś inny wpadnie na podobny pomysł, była w zasadzie zerowa – dodaje Bogdan Szurawski. – Dzięki temu obyło się bez drugiego kompletu koszulek. A z tymi chabrami to chyba wypalił Krzysiek Archacki, jak po raz pierwszy zobaczył te ciuchy. Chyba, bo nie chce mi się wierzyć, że faceci w ogóle rozpoznają takie kolory. Dla mnie one są granatowe i już. 

Później ktoś zlecił produkcję proporczyków firmie z pobliskiego Wyszkowa, która wykonała je według własnego widzimisię. Na ich podstawie stworzono klubowy herb. Kolor chabrów był w nim obecny.

Pod sklepem, gdzie wyznaczono spotkanie założycielskie, nikt nie przejmował się detalami. – Nie pamiętam, czy ten spożywczak nazywał się Olga, czy Klaudia. Dla wszystkich jedyną obowiązującą nazwą było “Po taniości” – przypomina sobie Paweł Osowiecki, związany z klubem od samego początku. – Skoro w Zambskach Kościelnych mają klub, to nie możemy być gorsi – myśl o takiej treści przekazał zgromadzeniu kandydatów na piłkarzy pierwszy prezes WKS-u, Krzysztof Archacki. Klub powstawał szybko. Ludzie chcieli grać, a uczestnictwo w okolicznościowych turniejach przestało już kogokolwiek bawić. – Zresztą drużynie szło w nich tak dobrze, że grzechem byłoby nie sprawdzić się w rozgrywkach ligowych – puentuje Abramczyk. – Z tym że oczywiście rozpoczęliśmy od falstartu. Zadzwoniłem do Mazowieckiego Związku Piłki Nożnej z informacją, że chcemy zgłosić klub do ligi, ale w odpowiedzi usłyszałem: “To wpadnij za rok, bo termin składania wniosków minął tydzień temu” – dodaje Szurawski, który niedługo później stanie się kluczową postacią w zespole.

Niepokonany Ślimak

– Ale nas jest dziesięciu! Trochę mało, żeby jechać na mecz.

– Spójrzcie na to z innej strony. Przynajmniej zmieścimy się w dwa auta.

Mecz z Impetem Łajski pamięta dobrze każdy, kto w nim zagrał. Osowiecki był w jednym z tych dwóch aut. – Plan był prosty. Nie przegrać za wysoko, nie narobić sobie wstydu i wrócić na wesele znajomego kibica, które jak się okazało, mocno pokrzyżowało plany meczowe – opowiada. – Sędzia spojrzał na nas i dopytał: Brakuje wam chłopa. Na pewno chcecie grać? Ale szybko odpowiedział mu Bogdan, nasz trener i kierownik drużyny w jednym: Panie sędzio, my tu nie po zwycięstwo a po naukę przyjechaliśmy. Chcemy grać.

W dziesiątce przyjezdnych znalazł się Ślimak. Ślimak nigdy wcześniej nie wystąpił w barwach Rząśnika, mimo że na treningach pojawiał się dość często. Jednak jak przychodziło co do czego, to nie było dla niego miejsca w kadrze meczowej. Wcale go to nie załamywało, wręcz przeciwnie. Przychodził na treningi, ale mecze odpuszczał. Tego dnia nie miał jednak wyboru. Przyparty do muru, zgodził się zagrać.

Już po piętnastu minutach Ślimak poprosił o zmianę. Bogdan tylko wzruszył ramionami i wskazał na pustą ławkę rezerwowych. Ślimak wytrwał więc do końca meczu, ale więcej wrobić się w granie już nie dał. Rywale co prawda mieli rezerwowych, ale w pewnym momencie siły się wyrównały. Jeden z miejscowych zobaczył czerwoną kartkę. Dwa auta przywiozły do Rząśnika trzy punkty. WKS wygrał 3:2. W klubowych statystykach Ślimak pozostaje jedynym piłkarzem, który w życiu nie odniósł żadnej porażki.

Boisko, kościół i szkoła.

Zanim powstał klub, znaleziono teren pod boisko. Wybór padł na plac położony między kościołem a cmentarzem. Z pobliskiej szkoły widać cały kameralny stadion. Właśnie w niej piłkarze przebierają się na mecze, by po trwającym około półtorej minuty marszu znaleźć się na murawie, na której na samym początku stały bramki zbite z brzozowych pni.

Pierwszy mecz w historii WKS-u rozegrano w 86. rocznicę Cudu Nad Wisłą. Bitwa Warszawska została zresztą stoczona około 30 kilometrów od Rząśnika, który to 6. Dywizja Strzelców Armii Czerwonej zajęła tydzień wcześniej. Spotkanie o mistrzostwo Klasy B zakończyło się bezbramkowym remisem, a rywalem rząśniczan była Polonia Kuligów. Wspomnijmy tylko, że premierowy sezon trójkolorowi zakończyli na szóstym miejscu w stawce jedenastu drużyn, a pierwszego gola dla WKS-u strzelił Piotr Ciemerych w wygranym 5:4 meczu z Mewą Krubin.

WKS jest pierwszym klubem, który pojawił się w Rząśniku. Wcześniej bywały tu oddolne inicjatywy, takie jak rozgrywane raz na jakiś czas zawody sportowe, przeważnie przy okazji festynów lub dożynek. W Rząśniku mieszka około tysiąca ośmiuset osób. W klubie trenują seniorzy i juniorzy. Dojeżdżają z Komorowa, Wielątek, Bielina, Porządzia, Grodziczna, Lubieli i Wincentowa. Krótko mówiąc, z całej liczącej ponad siedem tysięcy mieszkańców gminy. Na treningach pojawiają się nawet dzieciaki z  sąsiednich Zatorów, w których tak zaradnych mieszkańców zabrakło. 

Jeśli chodzi o lokalizację to warto zwrócić uwagę na jeden istotny szczegół. Otóż piłkarzom z Rząśnika bliżej jest zdecydowanie do ekip grających w okręgu ciechanowsko – ostrołęckim, ale zespół zdecydował, że woli grać w silniejszej grupie warszawskiej. – W tym sezonie mamy do rozegrania w stolicy osiem spotkań. Jest trochę dalej, ale większa frajda, bo boiska są lepsze a rywale silniejsi. Możemy coś u nich podpatrzeć – mówi Abramczyk. – Poza tym jesteśmy trochę takim ostatnim warszawskim bastionem. Nie ma klubu dalej wysuniętego na północ grającego w stołecznym okręgu. 

Aby zobaczyć rząśniczan w akcji u siebie, należy celować w niedzielne wczesne popołudnie. Wycieczkę na mecz można poprzedzić mszą w pobliskim kościele, którą odprawi proboszcz Robert Sulich, a potem wszystkim chętnie wskaże drogę na stadion. Sam również jest wiernym kibicem WKS-u, a msze i mecze są tak zsynchronizowane, że wszystko chodzi jak w zegarku. Jeśli nic nie stoi na przeszkodzie pierwsze gwizdki rozbrzmiewają w Rząśniku o czternastej.

Puchar jest nasz!

Takie historie nie trafiają się często, a jeśli już, to przeważnie w filmach. Skazywany na porażkę zespół rozkręca się z meczu na mecz, pokonuje po drodze wszystkich faworytów aż w końcu w finałowym meczu, po zaciętej walce wygrywa z najgroźniejszym z rywali. Dziewięć lat temu to wszystko wydarzyło się właśnie w Rząśniku z tą tylko różnicą, że w finale WKS rozbił rezerwy drugoligowego Znicza Pruszków 4:1.   

 “Wygrać z IV-ligowcem raz, to mógł być przypadek, dwa razy – to szczęście, ale pięć razy – to zasługa umiejętności i serca, które w grę wkładali piłkarze WKS Rząśnik” – pisał nazajutrz po największym sukcesie w historii klubu “Nowy Wyszkowiak”. 

Po wysokiej wygranej nad B-klasową Bednarską Warszawa, w kolejnej rundzie wylosowany został Sokół Serock. Drużyna z okręgówki. Rząśniczanie zrezygnowali z przywileju gry u siebie, który funkcjonuje w ramach rozgrywek okręgowych Pucharów Polski. Woleli pojechać w delegację, bo po pierwsze na stadionie w Serocku było sztuczne światło, więc można było poczuć się jak w wielkim świecie, po drugie przeciwnicy zgodzili się zagrać o dwudziestej. Było to o tyle istotne, że piłkarze z Rząśnika nie musieli zwalniać się z pracy. Jak na gotowy scenariusz filmowy przystało, mecz rozstrzygnęły rzuty karne.

– Przeciwnicy czasami drwili z Roberta, naszego bramkarza, że jest trochę przy kości, ale ciężko było znaleźć gościa, który miał pewniejszy chwyt od niego – wspomina Osowiecki. – A że budowanie drużyny od tyłu to szczególnie w niższych ligach podstawa, wiedziałem że jak doholujemy remis do końca, to któregoś karnego Gałązka nam wybroni. I wybronił.

Robert Gałązka bronił też karne w meczu z Łomiankami. Czyli w ćwierćfinale. Na szczęście stał między słupkami od początku, podczas gdy jego koledzy z drużyny kombinowali, jak dotrzeć na stadion na ostatnią chwilę. – Byłem gotów na drugą połowę. Pierwszą spędziłem w pracy – wspomina Osowiecki. Wcześniej odprawiono Mazura Radzymin i Bug Wyszków, gdzie decydujący gol padł równo z ostatnim gwizdkiem. – Przed meczem głośno debatowali o tym, czy krata piwa należy się zdobywcy trzech, czy pięciu bramek – wspomina Szurawski. – Inna sprawa, że trzy dni wcześniej ich rezerwy ograły nas w lidze 6:2. 

Z rundy na rundę rywale coraz mniej lekceważyli piłkarzy w chabrowo-biało-pomarańczowych strojach. Na finałowy mecz piłkarze Znicza przyjechali dwie godziny wcześniej. Mimo, że był to już listopad, w tamtą niedzielę kibice zapełnili stadion w Rząśniku do ostatniego miejsca, by dopingować swoich sąsiadów, kolegów, ojców i braci. Podobno przy takim obrocie spraw, Pan Bóg obligatoryjnie zarządza happy end. W tej sytuacji nie miał wyboru. 

Północ, południe

Od powstania WKS-u na świecie trochę się zmieniło. Nie ma już na przykład Polonii Kuligów, ani Impetu Łajski. Zambski Kościelne, którym w Rząśniku tak zazdroszczono drużyny piłkarskiej, też już wycofały ją z gry. Bogdan, który na błagania Ślimaka o zmianę odpowiedział pełnym zrozumienia i bezradności  gestem, został prezesem całego klubu. Prosi, aby pisząc tekst nie zapomnieć pozdrowić Jana Kozona, ówczesnego wójta Rząśnika, który uwierzył w ludzi i pomógł im założyć WKS Rząśnik. – U nas złe uczynki pamięta się długo, a dobre na zawsze – mówi. Kozon zresztą też już nie jest wójtem, ale podejście gminy do klubu na szczęście się nie zmieniło i piłkarze cały czas mogą liczyć na jej wsparcie. 

Niezmienna pozostaje Warszawa na południu, Mazury na północy i pasja do futbolu, która trzyma tę drużynę już ponad czternaście lat. A gdzie w tym wszystkim są chabry? Otóż chabry, proszę państwa, są w tym wszystkim zupełnie nieistotne.

Polecane wpisy