Nie poddawaj się, synek!

kluby piłkarskie skarby miasta górny śląsk czułowianka

Stare, sfatygowane boisko między familokami. Niedaleko fabryka celulozy, pamiętająca jeszcze powstania śląskie, i szkoła, przypominająca trochę tę, do której chodził Harry Potter. Czułów. Najdalej wysunięta w stronę Katowic dzielnica Tychów, do której trafiają ludzie, którym życie nie ułożyło się tak, jakby tego chcieli. Jasiek mieszka właśnie w jednym z takich familoków. Z okien widzi boisko, przy którym spędza większość czasu. To szczególny dzień w jego życiu. Dostanie jedzenie, buty do gry i zostanie piłkarzem Czułowianki.

Najstarsi w Tychach

Rozwój Czułowa był bezpośrednio związany z wybudowaną w 1887 roku fabryką celulozy. Nowe miejsca pracy przekształciły ten skrawek ziemi z malutkiej, liczącej kilka gospodarstw osady w ponadczterotysięczny ośrodek przemysłowy. Ludzie, którzy zdecydowali się tu zamieszkać, oprócz papierni znajdowali zatrudnienie w pobliskich kopalniach. Koniec II wojny światowej zastał mieszkańców ze zrujnowaną szkołą i spaloną przez Niemców fabryką. W czynie społecznym szybko zostały odbudowane. Powstało też Związkowe Koło Sportowe „Papiernik” Czułów, które dało początek powojennej historii sportu na granicy Katowic i Tychów.

W święta Bożego Narodzenia 1945 roku rozegrano pierwszy mecz w powojennej historii klubu, z AKS-em Mikołów. Rok później zgłoszono zespół do C-klasy. W latach pięćdziesiątych zmieniono nazwę na KS Unia Tychy-Czułów, aby sześć lat później nadać obowiązującą do dziś – Czułowianka. Piłkarze z Czułowa grali przeważnie w B-klasie, aż do 2002 roku, kiedy ówczesnej prezes Annie Tomaszewskiej zabrakło pieniędzy i wycofała drużynę z rozgrywek. Restart nastąpił dwanaście lat później, powstały wtedy pierwsze grupy młodzieżowe. W sezonie 2018/2019, po szesnastu latach przerwy, seniorzy znów zagrali o ligowe punkty.

Kto się boi getta?

Czułów nie jest jednowymiarowym miejscem. Do czasu kiedy w Tychach zadecydowano, że trafi tu miejscowa biedota, dzielnica swoim charakterem przypominała trochę ciche, oddalone o rzut beretem willowe Podlesie. Mieszkańcy, którzy wiedli tu raczej spokojne życie, nie byli przekonani do pomysłu budowy na tym terenie osiedla socjalnego. – Bali się dzielnicy-getta – tłumaczy Ewa Kołodziej, dyrektor szkoły podstawowej nr 1 im. księdza Karola Palicy w Czułowie. – Potrafię ich zrozumieć, bo zamknięta enklawa nie jest niczym dobrym. Z drugiej strony dzieci z rodzin dysfunkcyjnych stanowią u nas teraz nie więcej niż pięć procent wszystkich uczniów. Robimy, co możemy, aby nie czuły się gorsze. Kłopoty wychowawcze sprawiają takie same, jak dzieci z dobrych domów. Różnicę widać w podejściu do nauki. Uczą się gorzej, bo w domach często nie ma komu ich przypilnować – usprawiedliwia swoich uczniów dyrektor Kołodziej.

Z definicji rodzina dysfunkcyjna to taka, która nie zaspokaja potrzeb emocjonalnych jej członków, nie zapewnia bezpieczeństwa i warunków do rozwoju. Dotyczy to przede wszystkim najmłodszych. W rolę rodziców wchodzą więc w pierwszej kolejności nauczyciele, ale na Czułowie bardzo mocno pomagają też im trenerzy. – Zdarzało się, że trener czekał z dzieckiem na rodzica po treningu. Godzinę, dwie. A ojciec, ani matka nie przychodzili – mówi Paweł Kuś, prezes Czułowianki. – Często te nasze chłopaki po treningu wracają tu jak bumerang. W domu nie mają co robić, więc przychodzą z powrotem na stadion. Mają do nas kilka kroków. Z dyrekcją szkoły jestem w stałym kontakcie. Wiem, kto ma zaległości w nauce i kto opuszcza lekcje.

Dyrektor Kołodziej i prezes Kuś pomagają, ile mogą i jak mogą. – Teraz jest „500+” i jeśli komuś przyszłoby do głowy wysłać do nas głodne dziecko, od razu byłaby poinformowana opieka społeczna. Jeśli kogoś nie widać na zajęciach, idziemy w odwiedziny do rodziców – tłumaczy Kołodziej. – Klub nie ma takich jak szkoła możliwości kontroli tego, co dzieje się poza treningami – dopowiada Kuś. – Stworzyliśmy za to zajęcia wielosekcyjne. Pomógł nam Urząd Miasta. Dzieci zwolnione są z opłat, dostają za darmo stroje. Wystarczy tylko chodzić i ćwiczyć.

– Maciek nie będzie już tu przychodził. Tata poszedł do więzienia.

– Co ty opowiadasz? Przecież ma jeszcze mamę!

– Ale tata poszedł tam za mamę.

Czułowianka nie jest klubem trudnej młodzieży. Jest klubem każdej młodzieży. – Po jednego przejeżdża tata drogim samochodem, po drugiego przychodzi starszy brat – tłumaczy Kuś. – Rodziców czasami widzimy raz na kwartał. Ci, którzy mogą, starają się płacić składki, ale nie wymagamy tego od wszystkich. Zanim zaczęliśmy grać na boisku OSiR-u rozmawialiśmy z chłopakami. Wygląda na to, że załapali, że to ich plac. Że będą o niego dbać. Szkoda tylko, że nikt oprócz nas w nich nie uwierzył. Kiedy nagle zniknęły ławki rezerwowych początkowo niesłusznie obwinialiśmy miejscowych, ale boksy kazały zdemontować władze OSiR-u w obawie przed dewastacją – denerwuje się Kuś.

Na meczach Czułowianki rezerwowi siedzą więc na ławkach wyniesionych z budynku klubowego. W internecie zorganizowali zbiórkę na nowe, ale idzie opornie. Pod koniec lutego uzbierano trzysta złotych, a potrzeba aż osiem tysięcy.

Szkoła gra z klubem

Uczniowie trenują w tej samej sali gimnastycznej, co piłkarze Czułowianki. Zresztą większość zawodników chodziła albo jeszcze uczęszcza do tej szkoły. – Sport jest dla nich szansą na wybicie się, więc nikomu nie zamierzamy ograniczać dostępu do sali – wyjaśnia Kołodziej. – Czułowianka wypełnia czas w ciągu dnia, współpracuje ze szkoła, z korzyścią dla rozwoju dzieci.

Oprócz piłkarzy w Czułowie przy szkole trenują też młodzi tenisiści. Klub dla niezainteresowanych futbolem znalazł alternatywę w postaci sekcji kolarstwa górskiego. Została już zgłoszona do PZKol. i tej wiosny tyscy kolarze będą mogli startować w oficjalnych zawodach. – Odwiedził nas nawet olimpijczyk Przemysław Niemiec – mówi z dumą prezes Czułowianki. – Każde takie spotkanie to dla młodych ludzi impuls do działania. Przykład, dokąd można dojść ciężką pracą i charakterem. Na dobry początek znajomości, kolarz objął Czułowiankę honorowym patronatem.

O ile w szkole odsetek dzieci z trudnych rodzin jest niewielki, to w klubie jest już inaczej. Boisko w Czułowie położone jest między socjalnymi familokami. Maluchy często kręcą się same po ulicach, w najlepszym wypadku w towarzystwie starszego rodzeństwa.

– Jak się nazywasz?

– Jaś.

– Chodź, Jasiu! Pograsz z nami w piłkę.

– Ale ja nie mam butów i od rana nic nie jadłem.

– Daliśmy Jaśkowi sprzęt, który przysłali nam London Tigers, drużyna grająca w angielskich rozgrywkach amatorskich – opowiada prezes Kuś. – Podczas festynów czy grilli młody kilka razy kursował między stadionem a domem. Zanosił rodzinie jedzenie. Takich Jaśków mamy w klubie ze dwudziestu. Jeśli trafia do nas maluch, jest nadzieja, że sobie poradzi. Łatwiej przestawić jego myślenie. Ale kiedy przychodzi nastolatek z dziurą palacza w zębach, nie ukrywam, że szanse są niewielkie. Są u nas, zresztą tacy, którzy nie wykorzystali już ze stu szans. Myśli pan, że wykorzystają sto pierwszą?

Możliwości są. Czterech młodych piłkarzy trafiło do GKS-u Tychy. Rokują na przyszłość, pierwszoligowiec chce ich zatrzymać. Trenerzy widzą już kolejnych, którzy mogą pójść w ich ślady.

– Dziękuję, że zajmuje się pan Jaśkiem.

– Pani jest mamą Jasia? Niech pani częściej do nas wpada, nie tylko w Dzień Dziecka. Będzie nam bardzo miło.

Ale jakiś czas temu Jaś przestał przychodzić. W klubie podejrzewają, że rodzina została przeniesiona do baraków za Osiedle A, bo w familokach nie dawała sobie rady. – Trzeba będzie tam pójść i go znaleźć – zapowiada prezes Kuś. – W końcu to nasz piłkarz.

Imiona dzieci zostały zmienione.

Polecane wpisy