Najnowsze Skarby Miasta - Wrocław. Jak powstawała książka.
571
post-template-default,single,single-post,postid-571,single-format-standard,ajax_fade,page_not_loaded,,qode-title-hidden,paspartu_enabled,paspartu_on_top_fixed,qode_grid_1300,qode-content-sidebar-responsive,columns-4,qode-theme-ver-11.2,qode-theme-bridge,wpb-js-composer js-comp-ver-5.2.1,vc_responsive

We Wrocławiu nie tylko bal

Adam jako pierwszy wystartował ze zbieraniem materiałów do Skarbów. Za każdym razem jest podobnie. Ja czaję się, umawiam, planuję, a on po prostu rusza z kopyta. Norma. Już na samym początku trafił w dziesiątkę. Spotkanie z Janem Słabym, co prawda przyniosło mu pięć godzin wywiadu na dyktafonie, a to oznacza mniej więcej dwa dni spisywania, kolejny poprawiania i jeszcze jeden na sprawdzenie faktów, ale za to wydawało się, że nic lepszego nie może się już w tej części książki wydarzyć. Historia, jaką sprzedał pan Jan jest po prostu niesamowita…

Mało tego, nie dość, że późno wystartowałem, to jeszcze dodatkowo popełniałem szkolne błędy. Pierwsze wyjazdy do Wrocławia wyglądały podobnie. Hotel jak najbliżej Starego Miasta. Podświadome tłumaczenie, że przecież wszędzie będzie blisko, zawsze prowadziło do tego samego: najpierw wycieczka do „Literatki”, aby wieczorem spisywać to, co udało się zebrać w trakcie dnia. Później kurs do kolejnej knajpy, tym razem w celu zakupienia zakąski, „no bo przecież nie można pracować z pustym żołądkiem”. Zanim człowiek połapał się o co chodzi, zastawały go poranne promienie słońca. To był zawsze ten wspaniały moment, że hotel znajdował się po drodze. I ten zły, kiedy okazywało się, że postęp pracy po takim wieczorze był zerowy.

To udało się szybko zmienić. Zamiast w centrum, hotel rezerwowałem coraz dalej, żeby przypadkiem nie kusiło. Co z tego, skoro kusili inni. Spotkanie z przesympatycznymi ludźmi z Grunwaldu – kilka piw. Wypad do Brajta z Muchoborem – mocniejsze trunki. I nagle okazywało się, że hotel jest tak daleko, że nie wiadomo w którą stronę kierować się. Często zdarzały się zwykłe, najprostsze pomyłki. „Czekam na Trawowej” mówił Tomasz Kucharski ze Sportingu. Mijało kilka minut, w międzyczasie umawiałem kolejne spotkania. W końcu wsiadałem zadowolony z siebie do tramwaju. „Cześć, za dziesięć minut będę na Niskich Łąkach” oddzwaniałem. „Gdzie? Przecież to zupełnie nie ta strona miasta” słyszałem tylko załamany głos w słuchawce. Cóż. I tu i tu jest zielono.

Po wyeliminowaniu pokus nadszedł czas, aby dogonić Adama, może nie z liczbą zamkniętych tekstów, ale przynajmniej z jakością. Okazja trafiła się zupełnie przypadkowo. Poszliśmy na mecz sparingowy Piasta Żerniki z Parasolem Wrocław. Na ławce gości siedział oczywiście Jan Słaby. Tak, aby tylko dobitnie przypomnieć, o jakości tekstów. Podszedłem do prezesa Piasta. Obok niego siedział starszy pan. Kilka metrów dalej jeden z miejscowych chwalił się, że w wolnych chwilach udaje na imprezach kotletowych Michaela Jacksona. Poważnie. Nawet dał się namówić do zademonstrowania kilku kroków tanecznych, które, o dziwo, nawet nieźle mu się ułożyły. Nieważne. Starszy pan siedzący obok prezesa zaczął opowiadać. O wszystkim. O tym, jak to kiedyś jeździł po wrocławskich boiskach szukać piłkarzy, przechodząc do komentowania zagrań poszczególnych piłkarzy. Wziąłem od niego numer, kilka dni później porozmawialiśmy.

Roman Masztalerz okazał się skarbnicą wiedzy. Kiedy spotkaliśmy się później, na sesji zdjęciowej, przyjechał na swoim skuterze. „Ale się pan wystroił do zdjęć” powiedziałem spoglądając na jego narciarskie spodnie. „W sumie racja, ale deszcz pada, a ja na motorze” uśmiechnął się tylko. Piotrek Kucza zrobił mu kilka zdjęć, już mieliśmy się żegnać, kiedy wpadłem na pomysł, aby zapytać pana Romana o kilka historycznych nazw klubów we Wrocławiu. Znajdziecie ten materiał w książce. „KS Obrabiarka. Coś pan o niej słyszał?” zapytałem powstrzymując śmiech. Pan Roman spojrzał tylko na boisko, gdzie akurat trenowała jedna z drużyn z B-klasy. „Wie pan co? O KS Obrabiarce nic nie słyszałem, ale właśnie tamci powinni tak się nazywać” wskazał palcem na murawę. „Mało tego, powinni trenować nocą, żeby nikt nie widział” dodał.

Wróćmy jednak do meritum, żeby nie wyszło, że tylko balowałem w tym Wrocławiu i czasem udało mi się na drodze spotkać kogoś ciekawego. Otóż nie. Warszawska edycja Skarbów Miasta była pierwsza. Wszystko nowe. Logistyka, sesje zdjęciowe, łamanie książki, wysyłanie jej do drukarni. Ciężko pracę sprzed roku porównywać z tą z Wrocławia. Wtedy uczyliśmy się wydać książkę, teraz ją po prostu zrobiliśmy. Jedno jednak zapamiętałem. Na kogo bym tutaj nie trafił, zawsze miał czas, zawsze chciał jak najlepiej, najciekawiej opowiedzieć o tym, o co go pytam. Nie znalazła się ani jedna osoba, która spojrzałaby krzywo, stwierdziła „a po co w ogóle robicie coś takiego”. Było wręcz odwrotnie. Ludzie szczerze gratulowali pomysłu, zaznaczali, że nie mogą już doczekać się publikacji. Takie postawy budują, napędzają do roboty. Wystarczy spojrzeć na sesje zdjęciowe drużyn. W wielu przypadkach musieliśmy kombinować, jak tu wszystkich zawodników upchać na dwóch stronach.

Dodatkowo dzięki ogromnemu wsparciu prezesa Dolnośląskiego Związku Piłki Nożnej Andrzeja Padewskiego wiedziałem, że trafiliśmy na TO miejsce. Myśl, że głupio byłoby zawieść ludzi, którzy tyle ciekawych informacji nam przekazali, dopingowała. Jestem przekonany, że ta trzecia część Skarbów Miasta jest najlepsza. Po pierwsze merytorycznie staraliśmy się przekazać Wam jak najwięcej ciekawostek, nie tyle związanych z klubami, co z samą piłkarską historią Wrocławia. Po drugie – w porównaniu do wcześniejszych części – ograniczyliśmy do minimum błędy, literówki, czy skazy graficzne. Podsumowując. Materiały do wrocławskich Skarbów Miasta pisałem z ogromną przyjemnością. Mam nadzieję, że książka przypadnie wam do gustu.

Łukasz Cielemecki
lukasz.cielemecki1@gmail.com